#Przejdź do treści strony
Pomoc w czytaniu:
Dom Pomocy Społecznej
Wolontariat
 
 
 
 
Zwiększ czcionkę Zmniejsz czcionkę

Wolontariusze i ich działania

Artiom Kuznecov
Mam 16 lat, w sopockim DPS wolontariuszem jestem od lipca 2016 roku. O tym Domu dowiedziałem się w szkole od mojej katechetki zajmującej się wolontariatem.
Pamiętam swój pierwszy dzień tutaj. Byłem bardzo zestresowany, obawiałem się, jak przyjmą mnie mieszkańcy. Niepotrzebnie, ponieważ przyjęli mnie bardzo ciepło i byli przyjaźnie nastawieni. Siostra chciała zaangażować mnie do pracy w ogrodzie, ale przez mój upór trafiłem na terapię zajęciową i tak poznałem się z mieszkańcami.
Przez cały ten czas nauczyłem się tu przede wszystkim cierpliwości. Zacząłem też inaczej patrzeć na osoby starsze. Nie jak na osoby schorowane i biedne, ale jak na ludzi doświadczonych życiowo, na ludzi, którzy nie poddają się i chcą jeszcze rozmawiać, rozwijać się, po prostu żyć.
Najprzyjemniejszy w tym wszystkim jest uśmiech na twarzy mieszkańca, czerpanie od niego wiedzy. Samo spędzanie czasu jest bardzo przyjemne. Jeśli ktoś waha się, czy przyjść tu do wolontariatu to zachęcam. Mieszkańcy czekają na wolontariuszy!

Otylia Piechnik
W DPS jestem od marca 2018 roku. Ksiądz proboszcz z parafii św. Bernarda zaproponował mi odmawianie raz w tygodniu różańca z mieszkańcami Domu. Tak stałam się wolontariuszką.
Obawiałam się trochę jak zostanę przyjęta. Niepotrzebnie.
Przyjemne dla mnie jest, że ludzie chętnie uczestniczą w modlitwie różańcowej, którą prowadzę.
Co sądzę o wolontariacie? Że to pomoc tym, których życie wysadziło z siodła, chociaż wolontariat działa w dwie strony. Ja też dostaję coś w zamian; ducha, który mnie podbudowuje. Sprawia mi przyjemność, że mogę pomóc, w tym przypadku modlitwą.

Teresa Karbowska
Wolontariuszką w sopockim DPS jestem od listopada 2015 roku. Ogłoszenie o spotkaniu organizacyjnym dla wolontariuszy znalazłam w osiedlowej gazetce. Mieszkam w Gdańsku, ale w Sopocie się urodziłam, tu chodziłam do szkół, tu mieszkałam dość długo; mam sentyment do tego miasta, stąd ten wybór sopockiej placówki.
Na początku w ramach zajęć czytałam artykuły osobie jeżdżącej na wózku oraz niewidzącej. Sama wyszukiwałam je w Internecie i drukowałam te najciekawsze. Później skupiłam się na wyjazdach z niepełnosprawnym pensjonariuszem po Sopocie, byliśmy też w ZOO.
Od półtora roku wspieram zajęcia organizacyjnie. Dodatkowo wybranym osobom dostarczam książki, czasem audiobooki, niekiedy robię drobne zakupy.
Od początku czuję się tu dobrze. Niedosyt miewam wtedy, gdy próbuję porozumieć się z osobami mającymi problem z mową lub niemówiącymi w ogóle. Chcą mi coś powiedzieć, a ja przy pierwszym słowie mam problem ze zrozumieniem. Porozumiewamy się więc wzrokiem, gestami, ale czasem jest to trudne. Garniemy się do siebie, żeby pogadać, a nam nie wychodzi.
Jest jednak nagroda: uśmiech podopiecznego oraz wzajemne zaufanie i szacunek.
Wolontariatu spróbować powinien każdy, ponieważ to dobra okazja, żeby poznać samego siebie.

Monika Różańska
Do DPS trafiłam jesienią 2017 roku. Impulsem była organizacja pokazu Scholi „Duszki” w której śpiewa moja córka. Gdy zobaczyłam tutejszych mieszkańców od razu poczułam, że chcę tu przychodzić. Miałam oczywiście wątpliwości, czy się zaaklimatyzuję, czy się przydam. Nie wiedziałam, co robić, niektórych osób – mających problemy z wymową – nie rozumiałam. Z czasem poczułam jednak, że umiem niektórych rozśmieszyć, zabawić, że niesie to ze sobą pozytywny oddźwięk. Dlatego co tydzień tu przyjeżdżam.
Teraz gramy razem w kości, w warcaby, śmiejemy się czasem tak, że brzuchy nas bolą. To banalne, co powiem, ale ten uśmiech mieszkańców jest dla mnie największą nagrodą.

Teresa Guzek
W DPS jestem od października 2017 roku. Przyszłam tu z własnej inicjatywy. Miałam dość trudny okres w życiu, wypadłam z życia zawodowego z powodu kraksy ulicznej, długo nie mogłam się w nic angażować ze względu na dolegliwości. Po czasie pomyślałam, że skoro nie mogę wrócić do pracy zawodowej, to mogę zrobić coś dobrego dla kogoś.
Pamiętam swój pierwszy dzień tutaj. Byłam potwornie spięta i zestresowana. Nie wiem, czym się stresowałam, nowością? Trudno mi chyba było przebić się przez samą siebie.
Od razu weszłam w grupę, co oznacza, że nie zajmowałam się jedną osobą. Obserwowałam mieszkańców i wymyśliłam sobie, że podejdę do kogoś kto czuje się tak samo niepewnie, jak ja. Trafiłam na panią Anię, która nie reagowała na nic, siedziała w kompletnej ciszy. I nagle na mnie krzyknęła: „Zostaw mnie w spokoju!” Oho! Pomyślałam sobie, że nie zawsze trzeba się narzucać. Później z czasem gdy obserwowałam otoczenie to widziałam, że są różni ludzie, potrzeba więc wyczucia. Zrozumiałam, że niektórzy są jak dzieci, trzeba do nich podejść inaczej.
Zdarzenie z panią Anią nie zniechęciło mnie jednak do wolontariatu, mam świadomość tego, że każdy człowiek jest inny. Przede wszystkim trzeba podchodzić z ciepłem, miłością, bez względu na to, czy ktoś fuknie, czy nie fuknie. Dziś już wiem, że czasem wystarczy po prostu razem pomilczeć, potrzymać za rękę. Nie trzeba nic wielkiego.

Elwira Dzierbicka
W DPS jestem od 4 lat. Zaprosiła mnie siostra Karolina, która kiedyś zajmowała się tu wolontariatem. Jestem pielęgniarką od 1956 roku, pomoc ludziom mam więc we krwi. Całe życie pomagałam i tak mi zostało.
Moje początki w DPS to odmawianie modlitwy z ciężko chorą kobietą, śpiewanie kolęd, po prostu wspólne spędzanie czasu.
Nigdy nie obawiałam się wolontariatu w takim miejscu, przecież całe życie spędziłam z chorymi.
Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że można pomóc drugiemu człowiekowi, zwykłą rozmową, potrzymaniem za rękę. I to działa, bo osoby do których przychodzę często się uśmiechają. Czuje się tu potrzebna.
Jak zachęciłabym do wolontariatu? Mówiąc, że są tu ludzie którzy czekają na wolontariuszy.

Magdalena Kaszubowska
Do DPS trafiłam na szkolenie z pierwszej pomocy. W wolontariacie działam niedługo, bo od września 2017 roku; wcześniej opiekowałam się babcią.
Początki w DPS były dla mnie ciężkie, ponieważ przyszłam tu po śmierci babci. Podczas odmawiania różańca z seniorami przypominałam ją sobie i pomimo cudownego przyjęcia w DPS zastanawiałam się, czy to na pewno jest miejsce dla mnie i czy sobie z tym poradzę. Teraz nie mam żadnych wątpliwości. Łączę wolontariat z pracą i wychowywaniem dzieci i to właśnie dzięki tutejszemu wolontariatowi zrozumiałam, że jeśli bardzo się czegoś chce, to można tak zmienić życie, żeby znaleźć na to czas.
Myślę, że tutejsi mieszkańcy doceniają mnie bardziej, niż na to zasługuję, bo nie robię tu nic szczególnego, a odczuwam z ich strony ogromną wdzięczność. To miłe, bo nie odbywa się to na zasadzie: „O, przychodzi wolontariuszka i musi mi pomóc”. Tu nic nie trzeba, tu wszystko dzieje się naturalnie.
Mój wolontariat z seniorami polega na tym, że robię to, na co mają ochotę. Z niektórymi układam puzzle, gram w gry planszowe, jeszcze innych zabieram np. na rynek do Sopotu, czy na festyn.
Uważam, że do wolontariatu w DPS nie trzeba zbytnio zachęcać. Z pewnością powinni przychodzić tu ludzie, którzy lubią starsze osoby, mają do nich serce i potrafią je zrozumieć.

Jadwiga Modelska
W DPS jestem od ponad 4 lat. W kościele św. Jerzego spotkałam siostrę Karolinę, która pewnego razu zaprosiła mnie do wolontariatu. Wybrałam sobie dzień, w którym mogłam przychodzić do DPS i tak się zaczęło.

Na początku opiekowałam się niewidomą, leżącą panią. Rozmawiałam z nią, odmawiałam różaniec, śpiewałyśmy religijne pieśni okolicznościowe. Z czasem, za sugestią osoby, która wtedy kierowała grupą mieszkańców, wraz z koleżanką Elwirą zaczęłam zajmować się grupą osób.

Największą trudnością na początku był dla mnie brak doświadczenia, rozpoznania który z pensjonariuszy czego potrzebuje, jakie ma możliwości, jak się do niego zwracać. Bo dziś np. jest w świetnym humorze, jutro może być w nastroju: „Nie podchodź do mnie”. Ale to rzadkość. Gdy do człowieka podchodzi się bardzo serdecznie, to 99 proc. przyjmuje to z życzliwością.

Najprzyjemniejsze są otwarte ramiona witające mnie, gdy wchodzę na salę. To jest wielka radość, że ktoś na mnie czeka.

Wolontariat to obustronna korzyść. To nie tylko postanowienie i mobilizacja, że wychodzę na zewnątrz, ale poczucie, że jestem potrzebna, że ktoś na mnie czeka. To radość i satysfakcja. Reakcja naszych seniorów cieszących się, gdy my wolontariusze do nich przychodzimy, to jest największa zachęta do wolontariatu.